Hej jestem Alicja!
W lipcu 2025 roku uczestniczyłam w misji w Peru. Naszym zadaniem była pomoc osobom, starszym, młodszym, chorym i najbardziej potrzebującym. Spędzaliśmy czas w szpitalach i domach, gdzie towarzyszyliśmy ludziom w ich codzienności. Na początku myślałam, że misja polega głównie na pomocy, ale szybko zrozumiałam, że tu nie chodzi tylko o to co robię, ale o to, jak jestem z drugim człowiekiem.
Jednym z momentów, który szczególnie we mnie został, był dzień w Gamarze, w ośrodku dla niepełnosprawnych, prowadzący przez siostry Matki Teresy. Po raz pierwszy karmiłam chore dziecko na wózku. Byłam bardzo zdenerwowana. Gdy dziecko zaczęło się krztusić nie wiedziałam nawet jak zareagować, co zrobić. Czułam ogromny strach i bezradność. Po wszystkim rozpłakałam się i pomyślałam, że może nie powinnam tam wracać.
Wieczorem poszłam do siostry i opowiedziałam jej o tym co się stało. Rozmowa z nią bardzo mi pomogła. Pomyślałam, że być może Bóg właśnie w ten sposób mnie prowadzi, że może nie chodzi o to, by od razu umieć wszystko, ale żeby się nie poddawać i powoli się uczyć .
Następnego dnia wróciłam do Gamary. Tym razem karmiłam starszego mężczyznę. Wszystko przebiegło spokojnie. Bardzo się z nim zżyłam. I nagle miejsce, które parę dni wcześniej kojarzyło mi się z lękiem i bezradnością, stało się dla mnie ważne, pełne przyjaciół, którzy czekają aby podać ci dłoń na przywitanie:) To nauczyło mnie, że nie wolno się poddawać, bo z tych najtrudniejszych sytuacji rodzi się coś dobrego.
Wieczorami spotykaliśmy się na chwilach refleksji. Był to czas by spojrzeć w głąb siebie, nauczyć się słuchać własnego serca i reagować na to, co ono podpowiada.
Każdy dzień uczył mnie wrażliwości. Tego, żeby patrzeć jeszcze głębiej niż dotychczas.
Zauważyłam, że czasem uciekałam od trudnych emocji, a tam musiałam się z nimi zmierzyć. Ale właśnie w tym mierzeniu rodziła się we mnie ogromna siła. W byciu razem, w dzieleniu się sobą, w spotkaniu.
Ta misja była dla mnie lekcją miłości. Nie tej wielkiej i spektakularnej, ale takiej delikatnej, cichej, którą wyraża się w najmniejszych gestach. Nauczyłam się, że pomagając innym, tak naprawdę sama się przemieniam. Staję się bardziej uważna i wdzięczna za to co mam.
Misja nauczyła mnie bardzo wiele: Cierpliwości - kiedy coś nie wychodziło od razu. Pokory - że nie wszystko mogę kontrolować. Wdzięczności - za zdrowie, dom, rodzinę i moją zwykłą codzienność, którą traktowałam jako coś oczywistego. Nauczyłam się też przełamywać swój strach i ufać, że te trudne chwile mogą być początkiem czegoś pięknego. Zobaczyłam, że nie muszę robić wielkich rzeczy, żeby komuś pomóc.
Chciałabym, aby każdy miał szansę przeżyć coś podobnego. Wyjechać, zostawić swoją codzienność i doświadczyć życia tam, gdzie nie ma wygody ani bogactwa, ale jest prosta ludzka bliskość. To spotkanie z prawdą i rzeczywistością, które nie oddadzą nawet te zdjęcia poniżej. Trzeba po prostu tam żyć i zobaczyć co to znaczy prawdziwa wspólnota i jedność.




















